sobota, 1 sierpnia 2009

Uzbrojeni i bezbronni

01.08.1944

Około piątej od strony Śródmieścia doszedł odgłos odległej strzelaniny, a po paru minutach było ją słychać zewsząd. Tylko Powiśle wydawało się względnie ciche. Powstanie zaczęło się, a ja byłem w domu, część mojego działonu na Mokotowie, a dowództwo na Woli.

Zabierając rodzinne złoto, autor przedostaje się przez Śródmieście w którym trwają walki na Wolę, gdzie znajduje się punkt zbiórki jego oddziału. Dociera do browaru Haberbusza w którym koncentruje się jego batalion o nazwie "Chrobry". Jego kompania jest dowodzona przez porucznika Lisa.

Raz po raz roznosiła się wieść o nadejściu broni. Natychmiast ustawialiśmy się w dwuszeregu, licząc się przy błękitnym świetle latarek i spisując pseudonimy. Maszerowaliśmy albo przepychaliśmy się tam, gdzie miano ją rozdawać, kluczyliśmy po piwnicach i korytarzach browaru, mokliśmy na deszczu. Woda ściekała mi do butów. Ciemne niebo rozjaśniały łuny pożarów. Bałem się zgubić, by nie być ostatnim po broń - i tak przechodziła godzina za godziną, aż zaczęło świtać. W wirze setek nieznanych twarzy zaczynałem już odróżniać niektóre... Strzelec Groźny, wielki kudłaty łeb, czerwona, bezczelna gęba, odszczekuje się dowódcom. Tamten znowu z naganem na powrozie zarzuconym wokół szyi. Piegowaty podporucznik w granatowej cyklistówce, Konar czy coś takiego. Ppor. Tytus - chudy, drobny, o kościstej twarzy i wpadniętych oczach a la Goebbels. Rysował się już podział na powstańców pierwszej i ostatniej kategorii, uzbrojonych i bezbronnych.

Co jakiś czas wpadał na podwórze browaru oficer po ochotników na wypad. Tak zobaczyłem po raz pierwszy wysokiego, postawnego, łysiejącego blondyna w randze kapitana. Potrzebował kilku "chłopów z jajami". Wyrażał się oględniej od młodszych oficerów. Zgłosiłem się i ja. Rzucił na mnie okiem, ale wybrał innych. Na wypad brano głównie uzbrojonych, a innych tylko wtedy, gdy wykazywali wyjątkowego żołnierskiego ducha. Sądzę, że może bagnet, długi fiński nóż, a na pewno i średniowieczny łuk by wystarczył. Wkrótce dowiedziałem się, że był to dowódca batalionu kpt. Sosna. Oficerowie poprzyczepiali sobie gwiazdki, ale reszta nie miała żadnych odznak. Dowódca mojej kompanii, śniady brunet o krzywym nosie, por. Lis, jest kawalerem krzyża Virtuti Militari. Otrzymał go w 1939 roku.

Dostaliśmy się w łapy tego podporucznika w granatowej cyklistówce, o tłustej, piegowatej twarzy, niewyparzonej mordzie i ohydnym głosie. Wciąż musztrował, poganiał, przeganiał, wyzywał i spoglądał na nas z obrzydzeniem.

- To nie harcerstwo - wydzierał się - to jest wojsko.

Usłyszawszy to po raz pięćdziesiąty czy setny, odczułem mdłości. Co by się zrobiło czy powiedziało, wyzywał od harcerzy. Na widok swojego plutonu, jak ktoś później trafnie zauważył, dostawał wzwodu języka. Pojawiali się też inni nieznani podporucznicy, podchorążowie, podoficerowie. Ustawiali nas, odliczali, musztrowali, zapisywali, rugali.

Kanonada zaczęła się nasilać. Podobno czołgi przebijały się Towarową do Wolskiej i wycofywały na zachód. To znowu jakoby wracały z zachodu i z Wolskiej skręcały w Towarową. Pojawili się ranni. Wyobrażałem sobie Powstanie jako wielką przygodę - "na oklep na koniu, kochanka w jednej ręce, rewolwer w drugiej", jak podkpiwał ze mnie mój przyjaciel Lolek marksista.

A tu siedzę w browarze, staję na baczność, robię zwroty, przysłuchuję się opowieściom o tych, co walczą i czekam na przydział broni. Boję się nawet robić coś na własną rękę, bo skreślą z listy powstańców jako dezertera i broni już nigdy nie powącham. I tak ciągnie się ten okropny dzień. Ci, co walczą, wracają z linii już częściowo przystrojeni w niemieckie uniformy. Jeśli mundur nie pasuje, wymieniają między sobą, rzadziej przehandlowują. Podaż mała, popyt ogromny. Niemiecka czapka, kurtka, pas, nie mówiąc już o hełmie, jest przedmiotem dumy i podziwu. Oficerowie, zwłaszcza starsi wiekiem, na ogół ubrani są po cywilnemu albo noszą części polskich przedwojennych mundurów. Tłum powstańczy jest w zasadzie odziany po cywilnemu, z pewnym odchyleniem w stronę żołniersko-sportowo-robotniczą. Tu i ówdzie nakrapiany wojskowymi czapkami, kurtkami, spodniami - jasnozielonymi przedwojennej armii polskiej, szarozielonymi Wehrmachtu i trawiastymi niemieckiej policji. Wiatrówki, drelichy, bryczesy, buty narciarskie, granatowe uniformy, czapki tramwajarskie, kolejarskie, furażerki, cyklistówki, berety. Wyróżniają się pasy: fryzjerskie do ostrzenia brzytew, niemieckie z napisem Gott mit uns i ozdobne oficerskie, jasnobrązowe, inkrustowane mosiądzem. Aby zapobiec rozstrzelaniu w razie dostania się do niewoli, każdy ma biało-czerwoną opaskę na lewym ramieniu.

Po paru dniach przyszedł rozkaz - przełożyć opaski z lewego na prawe. Powodem tego było, iż coraz więcej powstańców nosiło niemieckie mundury i zachodziła obawa, że jeden Polak może zabić drugiego. Przy strzelaniu, zwłaszcza z rewolweru, prawe ramię jest lepiej widoczne od lewego, więc opaski miały zapobiegać omyłkom.

Najoczywiściej rozkaz ten nie miał sensu. Niemcy zapewne doświadczali podobnych trudności w rozpoznawaniu własnych żołnierzy, a biorąc pod uwagę, że posiadali oni olbrzymią przewagę ognia, zamieszanie i trudności we wzajemnej identyfikacji mogły tylko powstańcom wyjść na korzyść. Poza tym Polak do bałaganu przyzwyczajony, a Niemiec traci głowę.

W przerwach między zbiórkami pętam się po podwórzu browaru, a dookoła wre bój. W Warszawie Powstanie, bitwa na wschodnim przedpolu stolicy, front od Bałtyku do Morza Czarnego, Włochy, Normandia. A tu, u Haberbusza, nie wiadomo, co się gdzie indziej dzieje i to nie z braku wiadomości, ale z nadmiaru. Czego się tu nie słyszy: Rosjanie przerwali front i obchodzą Warszawę od zachodu, Grodzisk już zajęty, Wehrmacht buntuje się i tylko SS walczy, Mokotów i Żoliborz są oczyszczone z wroga, Niemcy walczą tylko z Rosjanami, w Normandii poddają się Amerykanom. Na ogół obowiązuje zasada, że im dalszy teatr wojenny, tym pomyślniejsze wiadomości. Wydaje się, że najtwardszy opór stawiają Niemcy w naszej dzielnicy.

Środkiem mego świata jest browar Haberbusza, a zwłaszcza jego podwórze. Sanitariuszki, jak zgłodniałe wilczyce, przepychają się do nielicznych rannych, aby pierwszy raz w życiu założyć opatrunek na prawdziwą ranę. Trzeba stać na nogach cały czas i niczego nie spuszczać z oka, by pierwszemu dopaść gdzie należy, nim zaczną rozdzielać broń. Teraz już nie mówią o broni z tajnych magazynów, ale tylko o tej zdobytej na Niemcach.

Z browaru wyruszają grupy wypadowe na linię. Linia to coś nieokreślonego, zbieranina nazw: Towarowa, Twarda, Waliców, Chłodna, Krochmalna, Grzybowska, Wronia, Ogrodowa, Nordwache [Nordwache - komenda niemieckiej policji na Warszawę Północ]. A wieści zmieniają kierunek jak fale w oku cyklonu. To Towarową uciekają płonące czołgi obrzucane butelkami z benzyną, politurą, pokostem, spirytusem, eterem. To znów na odmianę Towarową toczą się zwycięskie czołgi, domy stają w ogniu, ulica zasłana trupami. I tak powoli dla nas, zgromadzonych w browarze, ulica Towarowa staje się najważniejszym frontem drugiej wojny światowej.
Po południu nastrój się pogarsza, w każdym razie mój nastrój. Nieuzbrojeni będą odesłani do domu. Tak się kończy sen o szpadzie. Czołgi znowu kręcą się w pobliżu. Gdzie spojrzeć - dymy pożarów.
Przystanąłem obok wartownika w bramie browaru. Uzbrojeni, choćby tylko w byle pukawkę, zaczynają odnosić się do nas jak do bandy dekowników i tchórzów. Ale ten powstaniec nie zadziera nosa, choć ma i karabin, i niemiecki hełm. Kulomiot strzela wzdłuż ulicy. Pierwszy raz słyszę zgrzyt kuł ślizgających się po murze. Dostaję mdłości, brakuje mi powietrza. Robię jednak wysiłek, by nie przerwać rozmowy. Wartownik wyjął lusterko z kieszeni, przetarł, ostrożnie wysunął je poza załom ściany i patrzy w odbiciu w stronę, skąd strzelają. Nagle uderza mnie coś niezwykle oczywistego, że strzelić to nie znaczy trafić, że kula, która przelatuje o krok od mego brzucha, jest równie niegroźna jak ta, która leci o kilometr, i nawet mniej groźna od nie wystrzelonej. Odczuwam wielką ulgę.


Ze wspomnień kaprala Jana Kurdwanowskiego ps. "Krok", zgrupowanie "Sosna", batalion "Chrobry I", kompania "Lisa" - dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944

piątek, 31 lipca 2009

Tramwajem jadę na wojnę...



1 sierpnia przypada rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Data ta nasuwa w obecnym czasie wiele refleksji. Niewielu ludzi jest dziś świadomych tego, co wtedy się zdarzyło, kiedy to prawie cała młodzież warszawska przystąpiła do jawnej walki z okrutnym wrogiem - Niemcami hitlerowskimi.

Wróg, zaślepiony chęcią zawładnięcia całym światem, w 1938 r. opanował bez wystrzału Austrię i Czechosłowację. 1 września 1939 r. napadł na Polskę, która stawiła mu zacięty opór, Wskutek olbrzymiej przewagi militarnej wroga, który od kilku lat przygotowywał się do wojny i opieszałości sojuszników w wypełnieniu swoich gwarancji wobec Polski. 17 września napadł Polskę ze wschodu, ówczesny sojusznik Niemiec, Związek Radziecki. Polska musiała skapitulować.

Polakom, którym w okresie międzywojennym wpajano patriotyzm, nie obce były słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego: "Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, być zwyciężonym a nie ulec, to zwycięstwo". Spowodowało to, że część żołnierzy polskich nie poszła do niewoli, lecz przez Rumunię dostała się na Zachód do Francji, gdzie tworzyła się Armia Polska, pod dowództwem generała Władysława Sikorskiego. Część została w kraju i zorganizowała największą w Europie Armię Podziemną. Armia ta miała doskonały wywiad, prowadziła szkolenie wojskowe młodzieży chętnej do wałki z wrogiem. Przeprowadzała akcje dywersyjne i sabotażowe. Brała również udział w walkach odwetowych i represyjnych przeciwko wrogom i zdrajcom, którzy współpracowali z okupantem, by zniszczyć polskie podziemie.

Ekspansja niemiecka zaczęła się załamywać w 1943 roku. Wojska niemieckie były zmuszane do stopniowego wycofywania się z zajętych terenów. W przemówieniu noworocznym w 1944 roku, Hitler zapowiedział, że jeżeli będzie zmuszony wycofać się z Warszawy - zostawi z niej rumowisko.

Początek

Polska Armia Podziemna stawiała coraz bardziej zacięty opór okupantom niemieckim. 31 lipca 1944 r. wieczorem otrzymałem wraz z innymi kolegami polecenie stawienia się 1 sierpnia rano w Warszawie w naszym punkcie alarmowym na Nowym Świecie przy Al. Jerozolimskich, ponieważ grupa z innego oddziału, posiadająca punkt alarmowy obok nas, zachowuje się nieodpowiednio i należy ją uciszyć.

Gdy dotarliśmy na miejsce, wykonaliśmy zadanie, udając się na wskazany punkt alarmowy. Będący tam chłopcy, byli zawiedzeni, bo widząc kolumny Niemców cofających się z frontu uważali, że to już czas rozpocząć jakieś przygotowania do działania, a o nich zapomniano. Gdy zobaczyli nas uzbrojonych, chcieli się do nas przyłączyć. Myśmy im wytłumaczyli, że każdy ma swoje zadanie i oni na pewno dostaną swój rozkaz do wykonania. Chłopcy się uspokoili a my wróciliśmy na swój punkt, skąd nasz dowódca został wezwany na odprawę. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na jego powrót.

1 sierpnia 1944 r. o godzinie 11.00 wrócił dowódca i powiadomił nas, że Powstanie Warszawskie rozpocznie się dziś o godz. 17.00. Miejsce rozpoczęcia akcji dla naszej grupy - ul. Okopowa 31. .Łącznicy udali się natychmiast w teren, by powiadomić oddziały aby natychmiast stawiły się na ulicę Okopową. Grupa przebywająca na punkcie kontaktowym dostała polecenie udania się bezpośrednio na ulicę Okopową, by przygotować obiekt do akcji.

Zaprawieni w walce z okupantem w oddziale Kedywu KG AK, zadowoleni z obrotu sprawy dotarliśmy z kolegami, korzystając z miejskiej komunikacji jaką były wtedy tramwaje, na punkt zbiorczy we wspomnianym domu przy ulicy Okopowej 31. Przygody jakie się nam wtedy przytrafiły były charakterystyczne dla tego czasu.

Jak wspomniałem, naszym środkiem lokomocji były tramwaje. Ze względu na tłok dla nas wewnątrz nie było miejsca, jechaliśmy na zewnątrz stojąc na ramie mocującej koła, a rękami trzymaliśmy się otworów otwartych okien. Jechaliśmy z bronią gotową do strzału zawiniętą tylko w gazetę. Ja trzymałem się okna obiema rękami, a pistolet położyłem na rękach. Jadący obok mnie Tadeusz Gabrysiak pseudonim "Kubiński" trzymał się tylko jedną ręką okna, a w drugiej trzymał pistolet. W czasie jazdy poczuł, że ręka, którą trzyma się okna mdleje i musi natychmiast przytrzymać się drugą. Poprosił więc panią w tramwaju, by przytrzymała jego bagaż. Pani wzięła zawiniątko, ale gdy się zorientowała co to jest, zrobiła "wielkie oczy". Tadeusz najspokojniej powiedział: "Niech się Pani nie boi, ja zaraz to wezmę".

Pojechaliśmy dalej. Tramwaj zatrzymał się na rogu ulic Chłodnej i Żelaznej, naprzeciwko budynku gdzie mieściła się niemiecka żandarmeria. Przed budynek wyszło kilku żandarmów i przyglądało się nam. My przyglądaliśmy się im, czy który nie sięga po broń, ale wszystko odbyło się bez zakłóceń i szczęśliwie pojechaliśmy dalej.

Naszym macierzystym oddziałem był pluton por. "Torpedy", batalion szturmowy "Miotła", zgrupowanie "Radosław" Kedyw KG AK. Mimo, że godzina wybuchu Powstania została ustalona na 17, byliśmy na miejscu już wcześniej i przygotowywaliśmy obiekt do walki. Napełnialiśmy worki piaskiem i układaliśmy pod oknami.

Akcja na naszym odcinku rozpoczęła się wcześniej. Na rogu ulic Dzielnej i Okopowej zatrzymał się samochód niemiecki i ostrzeliwał z karabinu maszynowego ludzi będących przy monopolu tytoniowym. Po krótkiej konsternacji stacjonujące tam nasze oddziały zaatakowały samochód granatami. Niemcy rozbiegli się, pozostawiając pojazd. Uciekający Niemcy stali się celem naszych żołnierzy i kilku z nich padło. Były pierwsze zdobyczne sztuki broni.

Nie ucichły jeszcze strzały, gdy przed nasze stanowiska nadjechały dwa ciężarowe samochody z przyczepami, pełne maruderów z frontu. Samochody, ostrzelane przez nas, zatrzymały się, a żołnierze uciekli do domów po przeciwnej stronie ulicy. Patrol zorganizowany przez dowództwo naszej placówki, podjął akcję przeciwko żołnierzom niemieckim. Znaczna ich część uciekła, lecz kilkudziesięciu wzięliśmy do niewoli, respektując układy genewskie. Ja otrzymałem służbę na stanowisku w oknie na parterze Po zapadnięciu zmroku na naszym odcinku zapanowała cisza. Tylko w okolicy widać było łuny pożarów. Tak minął pierwszy dzień.

Drugi dzień przyniósł nam miłą niespodziankę, mieszkańcy zajmowanego przez nas domu przygotowali nam posiłek. Nagle zostaliśmy zaalarmowani, że od strony ulicy Gibalskiego zbliżają się dwa czołgi. Podjęliśmy próbę ataku, ale obie ich załogi poddały się. Jak się okazało, czołgi pochodziły z frontu. Jeden z nich był uszkodzony, ale miał amunicję i mógł strzelać, drugi zaś holował go do Pionier Parku na ulicę Powązkowską. Były to czołgi z jednoosobową załogą.
Dowódcą jednego z czołgów był Niemiec, były więzień obozu koncentracyjnego w Dachau. W 1942 podpisał on zgodę pójścia na front i został zwolniony z obozu i wcielony do armii. Drugi był absolwentem Politechniki Berlińskiej odbywającym praktykę w wojsku, synem zamożnego wytwórcy mebli stylowych, posiadającego wiele filii w różnych stolicach europejskich. Sam, jak mówił, znał sześć języków, tylko polskiego nie mógł się nauczyć, bo bardzo trudny. Powstanie przeszkodziło czołgistom w wykonaniu zadania.

Nasz rejon był nękany ostrzałem z karabinu maszynowego, umieszczonego na wieży kościoła św. Augustyna na ulicy Nowolipki. Toteż, gdy nasza załoga przejęła czołgi i nauczyła się je obsługiwać, natychmiast przystąpiła do likwidacji tego stanowiska i celnym strzałem uciszyła je. Czołgi zostały zabrane przez naszą jednostkę pancerną. Niemcy zostali wzięci do obozu jenieckiego, a my dostaliśmy rozkaz zajęcia stanowisk na rogu ulic Okopowej i Żytniej.

Jeden z oddziałów powstańczych, "Kolegium A", zdobył niemieckie magazyny żywności i sortów mundurowych na Stawkach. Dostaliśmy więc zaopatrzenie i niemieckie sorty mundurowe, natomiast swoje ubrania cywilne wsadziliśmy do plecaków.



Ze wspomnień Jana Romańczyka, ps. "Łata" z batalionu "Miotła" - dzięki uprzejmości
Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944.


Tramwajem jadę...

Nadchodzi



31 lipca, wieczorem zawiadomiono nas, że godzinę siedemnastą 1 sierpnia wyznaczono na wybuch Powstania.

Nasza grupa, z doświadczeniem zdobytym w wielu akcjach Kedywu i względnie dobrze uzbrojona (broń zdobyczna i kilka Thompsonów ze zrzutów), miała następujące zadania: po pierwsze- zająć magazyny niemieckie na Stawkach, po drugie- udać się do gmachu PKO na Marszałkowskiej jako oddział dyspozycyjny generała Montera - dowódcy Powstania. Instrukcja dalej polecała: po zdobyciu Warszawy powrót do naszych melin, schowanie broni i zachowanie gotowości do ewentualnej działalności podziemnej pod okupacją sowiecką. Ta część planu bardzo mi się nie podobała, bo z ochotą (jako dwudziestojednoletni młodzieniec) poparadowałbym trochę po zwycięstwie, nareszcie oficjalnie i w biały dzień, z nadzieją, że płeć piękna będzie wrażliwa na urok munduru.

1 sierpnia, wychodząc z naszej bazy u państwa Płachtowskich na Gomółki 16, spotkałem Olka Tyrawskiego, mego przyjaciela, na czele plutonu. Nie mieliśmy czasu na rozmowy, tylko na znak ręką. Około godziny piętnastej, kilka minut po spotkaniu, Olek, przy przekraczaniu ulicy Mickiewicza na dolnym Żoliborzu, wpadł pod obstrzał niemieckiego czołgu i został zabity na miejscu kulą w czoło. Był prawdopodobnie pierwszym poległym w Powstaniu.

My, ciężarówką pokrytą plandeką i prowadzoną przez Kolumba, ruszyliśmy w kierunku pierwszego z obiektów do zajęcia: szkoły położonej obok magazynów na Stawkach (dziś obok pomnika na Umschlagplatz, gdzie tablica przypomina naszą akcję). Grupy Kedywu z Woli i Mokotowa miały tam wyznaczone spotkanie z nami- z grupą żoliborską.

Szkołę przejęliśmy o piętnastej trzydzieści. Kolumb ze mną zmieniał miejsce postoju naszej ciężarówki. Zaledwie ruszyliśmy i przejechaliśmy może dziesięć metrów, wybuchł pocisk- dokładnie tam, gdzie staliśmy wcześniej. Był to pierwszy strzał artylerii, którego szczęśliwie uniknęliśmy.

Atak na magazyny odbył się ściśle według planu. Dokładnie o siedemnastej przeskoczyliśmy płot na tyłach magazynów zajmujących blisko hektar powierzchni. Główny budynek był zajęty przez esesmanów, ale w dość ograniczonej liczbie. Bardzo szybko opanowaliśmy gmach, zabijając kilku z nich. Grupa uciekających przez gruzy getta została również zastrzelona.

Wchodząc do budynku, dostrzegliśmy, zaskoczeni, około pięćdziesięciu ludzi w pasiakach obozów koncentracyjnych, którzy biegli w naszym kierunku. Byli to Żydzi, deportowani w większości z Grecji, z Salonik, którzy pracowali w magazynach. Z trudem rozumieli, co się dzieje i że zostali wyzwoleni. Uwolnienie tych więźniów jest również wspomniane na brązowej płycie pamiątkowej.

W dużej Sali na piętrze młody oficer SS zbudował z paczek rodzaj barykady. Ostrzeliwał drzwi- miał najwidoczniej dużo amunicji - przy każdej próbie ich otwarcia. Zauważyliśmy, że drugie wejście znajdowało się obok kryjówki Niemca. Postanowiliśmy rzucić w nie filipinką. Zrobił to Antek Wojciechowski - niestety zbyt szybko, nie chowając się za osłoną, i liczne odłamki blachy zraniły go w nogi. Kolumb, obecny przy tej akcji, był ranny w rękę już przedtem.

Magazyny zawierały całą masę najrozmaitszych produktów: cukier, kaszę itd. Dowiedziałem się już po wojnie, że ludność Starego Miasta przetransportowała na plecach tony tego pożywienia. Dzięki temu Stare Miasto, przez trzy tygodnie walk odcięte od świata, miało co jeść...


Ze wspomnień Stanisława Likiernika, którego działalność została przedstawiona w literackiej i fabularnej formie w książce Romana Bratnego "Kolumbowie" (postać Skiernika). W czasie Powstania Warszawskiego jego szlak bojowy przebiegał przez Wolę, Stare Miasto i Czerniaków w szeregach Zgrupowania "Radosław". Trzykrotnie ranny, został odznaczony Orderem Wojennym "VIRTUTI MILITARI" klasy V-ej. Kilkakrotnie w czasie Powstania był o krok od śmierci m.in. wraz z grupą z batalionu "Zośka" przebił się przez Ogród Saski ze Starego Miasta do Śródmieścia. - dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944


niedziela, 1 lutego 2009

Dzisiaj 65 rocznica zamachu na Franza Kutscherę



01.02.1944 żołnierze późniejszego batalionu Grup Szturmowych "Parasol", podlegającego bezpośrednio Głównej Kwaterze Szarych Szeregów (wcześniej oddział specjalny: Agat (od antygestapo), po 04 I 1944 Pegaz (od przeciw gestapo), od 15 VI 1944 już pod nazwą najbardziej znaną), przeprowadzili udany zamach na szefa warszawskiego dystryktu SS, generała F. Kutscherę, zwanego "katem Warszawy", będącego następcą Jürgena Stroopa, znanego z "likwidacji" warszawskiego Getta.

(pamiątkowy głaz w miejscu zamachu - kliknij, by powiększyć)

Stało się to w samym środku ówczesnej niemieckiej dzielnicy, tuż obok biura SS w Alejach Ujazdowskich oraz dowództwa policji kryminalnej, a także w niewielkiej odległości siedziby gestapo w alei Szucha. PAP, korzystając ze wspomnień Marii Stypułkowskiej-Chojeckiej pseudonim "Kama", dwa lata temu akcję oraz jej genezę opisał następująco:

---------- II ---------

Nie baliśmy się wtedy o siebie, walczyliśmy w imię ideałów Polski niepodległej, wpojonych nam przez rodziców i dziadków - wspominała podczas czwartkowego spotkania w Muzeum Powstania Warszawskiego Maria Stypułkowska-Chojecka pseudonim "Kama", uczestniczka akcji "Kutschera", której 63. rocznica minęła 1 lutego.

Akcja miała za zadanie likwidację szefa SS i policji na okręg warszawski. Wyrok na znienawidzonego przez mieszkańców stolicy "kata Warszawy" wydał szef Kedywu, płk. Emil Fieldorf (pseud. Nil), a przeprowadzeniem akcji zajęła się grupa "Agat".

"Na wiele miesięcy przed akcją obserwowałam dom Kutschery, żeby poznać jego rozkład dnia i ustalić dogodną porę do wykonania wyroku na +kata Warszawy+. W dniu akcji moim zadaniem było potwierdzenie tożsamości Kutschery i przekazanie wiadomości, że opuścił dom. Kiedy rozpoczęła się strzelanina wraz z koleżanką schroniłyśmy się w bramie, którą opuściłyśmy po odwrocie kolegów. Pojechałyśmy do punktu kontaktowego, gdzie zostawiłyśmy broń. Potem poszłyśmy do szkoły" - opowiadała "Kama".

Wspominając dalsze wydarzenia Stypułkowska-Chojecka zaznaczyła, że śmierć Kutschery nie była jeszcze zakończeniem całej akcji. "+Rayski+ wywołał nas z lekcji i powiedział, że ranni koledzy są w szpitalu i trzeba ich odbić. Pojechaliśmy do szpitala Przemienienia. Ja zostałam na zewnątrz, żeby kontrolować sytuację, a chłopcy wynieśli kolegów do +pożyczonej+ karetki. Odjechaliśmy praktycznie w ostatniej chwili, bo do głównego wejścia podjeżdżali już Niemcy. Niestety, mimo naszych starań, +Lot+ i +Cichy+ po kilku dniach zmarli" - zakończyła swoją opowieść.

Franz Kutschera funkcję dowódcy SS i policji na okręg warszawski objął 25 września 1943 roku i od razu zaostrzył represje wobec Polaków. Nastąpiły liczne egzekucje uliczne, którymi Kutschera chciał złamać warszawiaków. Zwiększył także liczbę łapanek. Jesienią 1943 roku Kierownictwo Walki Podziemnej wprowadziło Kutscherę do wykazu akcji "Główki" (czyli na listę osób do likwidacji). Na trop Kutschery, który był bardzo dobrze zakonspirowany, wywiad Armii Krajowej wpadł przypadkiem.

Aleksander Kunicki "Rayski", szef komórki wywiadu oddziału Agat, który rozpracowywał Waltera Stamma - szefa Wydziału IV Gestapo, często penetrował dzielnicę policyjną. Tam zaobserwował pojawienie się limuzyny z nieznanym mu generałem. Od tego dnia "Rayski" śledził jego przyjazdy do budynku Gestapo i wkrótce ustalił, że mieszka on w Alei Róż 2 i nosi nazwisko Kutschera. "Rayski" o swoim odkryciu zameldował dowództwu Kedywu, a te po kilku dniach wydało na Kutscherę wyrok śmierci.

Wykonanie akcji powierzono zgrupowaniu Agat. Jego dowódca Bronisław Pietraszewicz, pseudonim "Lot" postanowił dowodzić akcją osobiście. Po odebraniu od "Rayskiego" wszystkich ustaleń wywiadu, przystąpiono do przygotowania planu uderzenia. Pierwsza, nieudana próba przeprowadzenia akcji miała miejsce 28 stycznia 1944 r. o godz. 8.40. Jednak oddział "Lota", rozstawiony na stanowiskach w Alejach Ujazdowskich nie doczekał się przejazdu Kutschery. Następną akcję zaplanowano na 1 lutego 1944 r., na godz.8.50. Uczestniczyło w niej 12 osób.

O godzinie 9.09 "Kama" zasygnalizowała wyjście Kutschery z domu w Alei Róż. Rozpoczęła się akcja. Kutschera miał do przejechania zaledwie 140 m – tyle dzieliło jego dom od dowództwa SS. Gdy dojeżdżał do bramy pałacu drogę zajechał mu samochód kierowany przez "Misia". Kierowca Kutschery zwolnił, chcąc przepuścić intruza. Zwolnił również "Miś" i zatrzymał wóz. W chwili, gdy Niemiec usiłował go wyminął, ruszył ponownie blokując auto szefa SS. Do zatrzymanego wozu podbiegli "Lot" i "Kruszynka". Z odległości metra otworzyli ogień w kierunku Kutschery i ranili go. Równocześnie na stanowiska wybiegł zespół ubezpieczający, a stojące na ul. Szopena samochody "Sokoła" i "Bruna" cofnęły się do rogu Alei Ujazdowskich z Aleją Róż. Kutscherę dobił "Miś", który wyskoczył z wozu i strzałami z pistoletów wspierał osłonę akcji.

Niemcy otworzyli ogień z siedziby dowództwa SS i wszystkich okolicznych budynków. Ich kule raniły w brzuch "Lota" i "Cichego", a także "Olbrzyma". Niegroźny postrzał w głowę dostał "Miś", który wraz z "Kruszynką" wyciągnął ciało Kutschery z wozu i w pośpiechu szukał przy zabitym dokumentów. Kiedy nic nie znalazł, zabrał jego teczkę. Pod silnym ostrzałem Niemców, uczestnicy akcji wycofali się do samochodów i uciekli wcześniej wyznaczonymi trasami.

Na tym akcja nie zakończyła się. Należało zawieźć ciężko rannych do szpitali. Wiele godzin trwało poszukiwanie placówek, które zgodziłyby się przyjąć rannych. "Sokół" i "Juno", po odwiezieniu "Lota" i "Cichego" do praskiego szpitala Przemienienia Pańskiego natknęli się na blokadę niemieckiej policji na moście Kierbedzia. Nierówna walka zakończyła się śmiertelnym skokiem dywersantów do Wisły.

Straty powiększyły się jeszcze w ciągu kolejnych dni. 4 lutego zmarł w Szpitalu Wolskim "Lot", a 6 lutego w Szpitalu Maltańskim - "Cichy". Niemcy w odwecie za zabicie Kutschery nałożyli na Warszawę 100 mln zł kontrybucji, a dzień po zamachu, 2 lutego 1944 roku w Alejach Ujazdowskich 21, w pobliżu miejsca przeprowadzenia akcji, rozstrzelali 100 zakładników. Była to jedna z ostatnich publicznych egzekucji przed wybuchem powstania warszawskiego.

(źródło)

---------- II ---------

Pamiętajmy.



piątek, 2 stycznia 2009

Lata "wolności" - epilog. Od Armii Krajowej do Pierwszej "Solidarności"



Dzisiaj ostatni odcinek powojennej epopei Jana Romańczyka, "Łaty" z batalionu "Miotła". Jednego z licznych życiorysów ukazujących dobitnie całą naturę systemu komunistycznego w PRL. Tekst długi, ale polecam - w żadnym wypadku nie powinniśmy zapominać o takich ludziach! Zapraszam do lektury.

(zdjęcie z wystawy na ogrodzeniu Parku Ujazdowskiego w Warszawie, po prawej J. Romańczyk)

---------- II ---------

Dostaliśmy dokumenty i pieniądze i z oddziałowym poszliśmy na stację kolejową we Wronkach. Oddziałowy zakupił bilety i czekaliśmy na pociągi. Ja jechałem do Warszawy, a koledzy w kierunku Szczecina. Gdy wsiadali do pociągu oddziałowy powiedział: "Nie wracajcie" a gdy ja wsiadałem do swojego pociągu powiedział: "Nie wracaj tu nigdy". Pociąg ruszył. Zacząłem szukać miejsca. Zaglądałem do przedziałów wagonu pulmanowskiego, ale wszystkie miejsca były zajęte. W jednym przedziale odezwała się jedna pani: "Niech pan poczeka, ja teraz wysiadam, będzie wolne miejsce". Ucieszyłem się, bo miejsce było nawet przy oknie.

Gdy pani wyszła zająłem wolne miejsce. Ubiór mój wskazywał na to kim jestem. Byłem z gołą głową, ostrzyżony na zero, kapelusz mój zginął, w ręku miałem woreczek materiałowy, po więziennemu zwany "samarką". Pan, który siedział naprzeciw spojrzał na mnie i zapytał: "Pan dawno"? Odpowiedziałem: "Sześć lat". Pan pokiwał głową i powiedział: "Nic się nie zmieniło". Pociąg, zatrzymując się na stacjach, pędził do Warszawy. Byłem podekscytowany czekająca mnie chwilą zobaczenia rodziny. Pociąg zatrzymał się na stacji końcowej Warszawa Wschodnia. Byłem na miejscu. Za pół godziny będę w domu. Czy wiedzą, że wracam?. Jak mnie przyjmą? Jakie wrażenie zrobię na mojej małej córeczce? (...)

Swoim powrotem przewróciłem porządek dnia rodziny. Żona pojechała do pracy, żeby z okazji powrotu męża zwolnić się na ten dzień. Córeczka podekscytowana poszła do przedszkola. Ja poszedłem do administracji zameldować się. Dowiedziałem się, że pani meldunkowa nie jest władna to uczynić iże muszę się zgłosić na milicję. Wróciłem do domu, poszedłem po córeczkę do przedszkola. Moim pierwszym zadaniem było odwiedzić grób matki, której przyczyną śmierci było moje uwięzienie i zasądzony wyrok.

Po zjedzonym obiedzie wyruszyliśmy z żoną na cmentarz do Kobyłki. Robiło się ciemno, żona wzdrygnęła się przed wejściem na cmentarz. Powiedziałem: "Nie bój się. Umarli ci krzywdy nie zrobią, wystrzegaj się żywych". Weszliśmy na cmentarz, w duszy porozmawiałem z mamą. W miejscu, w którym była pochowana, leżał brat mamy z żoną a naprzeciw leżała moja babcia. Po odwiedzeniu cmentarza, pojechaliśmy do Wołomina odwiedzić rodzinę ze strony mojej mamy. Tam była moja chrzestna, było to bardzo miłe spotkanie po tylu latach.


Gdy wróciliśmy do domu odwiedził nas stryj mojej żony, który zaproponował nasze spotkanie w cztery oczy. Nie mogłem się na to zgodzić, uważałem że wszystkich szczegółów dowiem się od mojej żony i możemy się spotkać razem. Po wypiciu herbaty stryj poszedł do domu. Tak skończył się pierwszy dzień mojej wolności. Czekało mnie spanie w własnym łóżku. Noc minęła spokojnie.

Rozpoczął się drugi dzień wolności, który rozpocząłem od wizyty w komisariacie Milicji Obywatelskiej na ulicy Wileńskiej. Oficer dyżurny był zdziwiony, że do niego przyszedłem. Pokazałem wtedy mój dokument zwolnienia z więzienia, na którym było napisane, że po powrocie do domu mam obowiązek zgłoszenia się w komisariacie Milicji Obywatelskiej. Wtedy mi odpowiedział, że muszę się wpierw zameldować. Udałem się znów do punktu meldunkowego z żoną zameldowaną w tym miejscu. Meldunkowa widząc dążenie władz do rozdzielenia rodziny, a sama nie chcąc brać udziału w tym procederze ukradkiem pokazała mi pismo, że jej nie wolno meldować takich ludzi jak ja.

Zrozumiałem perfidię władz. Poszedłem na komisariat Milicji Obywatelskiej, siedziało trzech milicjantów. Powiedziałem do nich: "Aresztujcie mnie" i podałem im ręce do zakucia mnie w kajdany. Potem powiedziałem jeżeli nie pozwalają mi wrócić do rodziny, to niech mnie zamkną. W pokoju został tylko jeden milicjant, pozostali wyszli. Zaczął rozmawiać ze mną i tłumaczyć, że to nie jest ich zarządzenie, tylko przyszło z góry. Powracający z więzienia mieli meldowali się tam, gdzie na stałe byli zameldowani przed aresztowaniem. W tej sytuacji nie miałem prawa zamieszkania z najbliższą rodziną.

Moja matka zmarła, ojciec mieszkał z obcą kobietą. Czy będzie mnie chciał zameldować? Ja mam być z daleka od swojej rodziny, co to za czasy. Wtedy milicjant powiedział: "Jak tam się zameldujesz, to napiszesz podanie o tymczasowe zameldowanie u rodziny i je otrzymasz". Ponieważ zależało mi na unormowaniu dokumentów, bo było to konieczne do otrzymania pracy, posłuchałem rady tego milicjanta, zdając sobie sprawę z wrogiego postępowania władz względem mnie.

Jadąc do Ursusa wstąpiłem do stryja, mojego chrzestnego, mieszkającego w Warszawie na ulicy Nowogrodzkiej 6. Spotkanie było serdeczne, stryj wsparł mnie kwotą 500 zł. mówiąc, że na początek to mi się przyda. Potem ruszyłem do Ursusa. Spotkanie z ojcem, jego żoną i gospodarzami domu Państwem Sobocińskimi było bardzo przyjemne. W tym dniu załatwiłem sprawy zameldowania.

Wracając do domu wstąpiłem na ulicę Sierakowskiego do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego by spełnić wymóg zameldowania się tam. Podałem swoją kartę zwolnienia z więzienia dyżurnemu i czekałem. Dyżurny dzwonił do biura, z kimś rozmawiał. W końcu zawołał mnie i powiedział: "Nikt z tobą nie chce gadać, uciekaj stąd". Dopominałem się o potwierdzenie, że tu byłem. odpowiedział, że mam potwierdzeniu milicji, to wystarczy i jeszcze natarczywiej mnie wyganiał.

Po powrocie do domu, odwiedził mnie mój kolega Jurek Pietrzyk. Powiedział mi, że jak będę szukał pracy to on mi pomoże, pracuje w biurze projektowym, które zajmuje się modernizacją odlewni w Ursusie. Jurek wiedział, ze ja pracowałem w odlewni, więc mnie to zainteresuje, a kierownikiem biura był bardzo przyzwoity pan inż. Stefański. Skorzystałem z propozycji Jurka i poszedłem na rozmowę do inż. Stefańskiego. (...)

W trakcie mojego biegania za pracą, do żony przyszedł milicjant z zarzutem, ze przetrzymuje nie meldowanego człowieka. Żona zdenerwowała się i zaczęła wypominać, że mąż wrócił po tylu długich latach, a oni nie chcą go zameldować i jeszcze ją nachodzą .Speszony milicjant zaczął żonę przepraszać, że on nie wiedział o tym, że został napuszczony i poszedł sobie.

Złożyłem wniosek o dowód osobisty. Moim dowodem było tymczasowe zaświadczenie tożsamości Przyszedł czas na załatwienie sprawy tymczasowego zameldowania. Dostałem zameldowanie na trzy miesiące i co trzy miesiące musiałem go odnawiać. Jeden znajomy, który mnie spotkał zapytał się czy załatwiłem sobie sprawę inwalidztwa wojennego. Odpowiedziałem, że nie ponieważ nie mam praw obywatelskich. Na to znajomy odpowiedział, że to nie ma znaczenia, powinienem to szybko załatwić. I rzeczywiście załatwiłem inwalidztwo wojenne trzeciej grupy. (...)

Życie polityczne w kraju zaczęło się zmieniać na tyle, że pomyślałem o doprowadzeniu swojej sprawy do końca. Napisałem pismo do Generalnej Prokuratury o rozpatrzenie mojej sprawy. Dostałem odpowiedź odmowną. Zwróciłem się do płk Radosława o pomoc w tej sprawie. Płk Radosław polecił mnie mecenasa Lis-Olszewskiego. Wpłacając mecenasowi na znaczki do pism sądowych otrzymałem zawiadomienie prezesa Sądu Najwyższego, że będzie referował moją sprawę na posiedzeniu. Są Najwyższy w Warszawie w Izbie Karnej na posiedzeniu niejawnym w dniu 9 kwietnia 1959 r. wydał wyrok w imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, który oczyścił mnie z winy i kary i kosztami postępowania karnego obciążył Skarb Państwa.

Na rozprawie o odszkodowanie, we wrześniu 1959 r., sąd przyznał mi kwotę 70.000zł., w komentarzu wyroku sędzia powiedział, że ani kwota, którą ja żądałem, ani kwota, którą przyznał Sąd nie są w stanie wynagrodzić mi krzywd jakie doznałem, a zasądzoną kwotę przyjął jako zapomogę do zagospodarowania się w dzisiejszej rzeczywistości.

W sprawie rewizyjnej Sąd Najwyższy odrzucił moją skargę i skargę prokuratora i zatwierdził wyrok pierwszej instancji. Pieniądze odebrałem 29 stycznia 1960 roku. Znajomi mi zwrócili uwagę, że ponieważ pobierałem rentę inwalidy wojennego, należy mi się teraz wyrównanie za okres, w którym nie otrzymywałem renty. Na mój wniosek wypłacono mi zaległe świadczenie, ale w 1960 roku bezprawnie zabrano mi prawa inwalidy wojennego, było to państwo bezprawia.

Otrzymałem zawiadomienie z WKU abym przedstawił odpowiednie dokumenty, gdyż jest dla mnie wniosek o awans na podporucznika. Odpowiedziałem, że moje dokumenty są u UB i proszę tam się zwrócić. Prawa inwalidzkie odzyskałem w 1976 roku.

Nie wszyscy ludzie byli podli. Wiele zawdzięczam dyrektorowi Przedsiębiorstwa Ursus panu Zygmuntowi Purzyckiemu, ponieważ dzięki jego postawie w 1965 roku otrzymałem mieszkanie. Wbrew niechęci ludowej władzy postanowiłem dokończyć co mi przerwano aresztowaniem w 1949 roku. Po pokonaniu trudności życiowych w 1973 roku otrzymałem dyplom inżyniera na Politechnice Warszawskiej na kursie wieczorowym. Pracowałem w biurze projektowym Podlew. (...)

W 1980 r., w trakcie protestów robotniczych, załoga wybrała mnie na wniosek pana Tadeusza Wyszyńskiego, przyrodniego brata Kardynała, na Przewodniczącego Komitetu Założycielskiego NSSZ "Solidarność" w przedsiębiorstwie. Na przełomie lat 80/90 koledzy ze Środowiska Żołnierzy Armii Krajowej Zgrupowania "Radosław" Batalionu "Miotła" wybrali mnie na przewodniczącego Środowiska.

---------- II ---------

Dla zainteresowanych - przypominam poprzednie odcinki:


Pierwsze lata "wolności" cz. 1

Pierwsze lata "wolności" cz. 2

Pierwsze lata "wolności" cz. 3

Pierwsze lata "wolności" cz. 4



Ze wspomnień Jana Romańczyka, ps. "Łata" z batalionu "Miotła" - dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944.

środa, 3 grudnia 2008

Pierwsze lata "wolności" cz. 4


(dokument zwolnienia Jana Romańczyka z więzienia we Wronkach - kliknij, by powiększyć)


Pewnego dnia wszedł do celi oddziałowy z więźniem, zapytali się o Romańczyka. Gdy powiedziałem, że to ja, powiedziano, że naczelnik przychylił się do mojej prośby. Odpowiedziałem, że ja pana naczelnika o nic nie prosiłem. Wtedy kazano mi dobrze sobie przypomnieć. Przypomniałem sobie, że przeszło trzy lata temu, gdy przyjechałem do Wronek w 1951 roku, prosiłem naczelnika o prawo korzystania z książek technicznych. Właśnie na tą prośbę we wrześniu 1954 roku naczelnik wyraził zgodę. Zapytałem, co mi mogą zaoferować w języku polskim. Odpowiedziano, że nic, bo wszystko wybrali ci co są na funkcjach. Dla mnie mają "Uczenie rzezania" Reznicowa w języku rosyjskim. Zapytałem czy dostanę też słownik rosyjsko-polski, przytaknęli. Zgodziłem się więc, miałem zajęcie i nie próżnowałem. Opanowałem język rosyjski na tyle dobrze, że patrząc na tekst rosyjski czytałem go po polsku.

Dotarła do nas wiadomość, że nasze akta zostały odtajnione i możemy je obejrzeć. Skorzystałem z tej możliwości. Najbardziej mnie interesował protokół z pierwszej mojej sprawy, gdzie adwokat domagał się zwolnienia, gdyż nie widzi podstaw do ukarania i losy mojego pisma z dnia 29 sierpnia 1953 roku, które wyszło do Sądu Rejonowego Wojskowego i tam ugrzęzło. Inne sprawy przejrzałem, ale już mnie mniej interesowały.

Pewnego dnia do celi weszło dwóch funkcjonariuszy więziennych i powiedzieli, że jeśli ktoś ma jakieś zastrzeżenia do wyroku to niech pisze. Wtedy ja się roześmiałem, na co ostro zareagowali. Powiedziałem im, że 29 sierpnia 1953 roku napisałem do Najwyższego Sadu i do tej pory cisza, nie dostałem żadnej odpowiedzi, prawdopodobnie moje pismo trafiło do kosza. Odpowiedzieli, ze na pewno sprawę załatwią , że dostanę odpowiedź i wyszli. Za dwa dni zjawili się z pismem z czerwca o odpowiedzi na łaskę i zarzucali mi nieprawdę. Jja im odpowiedziałem, że to jest odpowiedź na prośbę o łaskę, które pisała żona. Ja chcę odpowiedź na moje pismo, ja nie chcę łaski, ja chcę sprawiedliwości. Zapewniali, że załatwią mi odpowiedź i wyszli.

W październiku 1954 roku, w liście, żona mi napisała, że minęło 6 miesięcy od odpowiedzi prezydenta i można znowu pisać, ale lepiej żebym ja napisał osobiście. W liście do żony odpisałem, że ja nie mam podstaw do pisania, ponieważ nie popełniłem żadnego przestępstwa i nie przyznałem się do winy. Jeśli chce mi pomóc to nich pójdzie do Sądu Rejonowego Wojskowego i dowie się co słychać z moim pismem, które pisałem 29 sierpnia 1953 roku.


13 grudnia 1954 roku po obiedzie kazano mi się zabrać z rzeczami i z siennikiem z celi i zaprowadzono mnie na pojedynki na oddział IV d. Byłem zdezorientowany co to znaczy, bo w celi były cztery sienniki. Na tym oddziale był pośmieciuchem (więźniem sprzątającym) znajomy więzień, który przeprowadzał Rydza-Śmigłego przez Tatry. Doszedł do moich drzwi i powiedział, że z tej celi więźniowie wychodzą na wolność. Noc przespałem niespokojnie, ciekawy dnia jutrzejszego.

W dniu 14 grudnia 1954 roku, rano po śniadaniu, wyprowadzono mnie z celi. Na korytarzu stało już trzech więźniów. Uformowano nas w szereg i zaprowadzono do pomieszczeń administracji. Po dwóch wsadzono nas do dwóch niewielkich pomieszczenia obok siebie. Potem zabrano jednego więźnia z sąsiedniego pomieszczenia. Po pewnym czasie wrócił, a zabrano mojego kolegę. Ścianka między pomieszczeniami była cienka i można było się porozumiewać. Dowiedziałem się, że kolega zza ściany otrzymał urlop zdrowotny i wychodzi na wolność. Wrócił i mój kolega, a zabrano drugiego z tamtego pomieszczenia. Mój kolega dostał warunkowe zwolnienie. Przyszedł drugi kolega z tamtego pomieszczenia i zabrano mnie.

Zaprowadzono mnie do administracji, sprawdzono moje personalia i odczytano orzeczenie Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego: Umorzono mi karę z artykułu 32 w związku z artykułem 86 KKWP. Karę śmierci z artykułu 3 punkt b z dekretu o ochronie Państwa z1944 roku zmniejszono na 10 lat więzienia, zastosowano amnestię z 1947 roku i ustalono wyrok na 5 lat pozbawienia wolności. Ponieważ odsiedziałem 6 lat, sąd zarządził natychmiastowe zwolnienie z więzienia.

Wyrok przyjąłem bez specjalnej reakcji. Czytający pomyślał, że nie zrozumiałem i przeczytał jeszcze raz. Gdy zapewniłem go, że rozumiem, zapytał mnie czemu się nie cieszę. Odpowiedziałem, że jak dostałem karę śmierci nie płakałem, to teraz gdy mam 6 lat życia zmarnowane mam się cieszyć. Spojrzał na mnie i powiedział zamyślony: "To prawda".

Odprowadzono mnie do kolegów, zaprowadzono do magazynu odzieży i przygotowano naszą odzież do wyjścia na wolność, między ludzi. Myślałem o tym, że wkrótce będę w domu, jak mnie przyjmą po tak długiej nieobecności. Domyśliłem się, że zwolnienie nastąpiło w wyniku mojego pisma, pewnie żona zrobiła tak jak ją prosiłem. Czy ona wie, że ja jutro rano będę w domu?

Gdy z magazynu wyszliśmy z naszymi rzeczami oddziałowi, którzy nam robili rewizje byli również podekscytowani. Byli z nami przez kilka lat, niektórzy byli ludźmi ale nie wszyscy. Po rewizji zaprowadzono nas pod kancelarię, by odebrać dokumenty i niewielkie pieniądze, które sukcesywnie przysyłała mi żona na tzw. wypiskę. Raz w miesiącu można było za nie kupić produkty w więziennej kantynie. Miałem nadzieję, że wystarczą one na podróż. Czekając w korytarzu pod kancelarią zobaczyłem przechodzącego oficera, który przeprowadzał ze mną rozmowy. Gdy mnie zobaczył mnie w ubraniu, dokąd się wybieram. Gdy odpowiedziałem, że do domu odpowiedział: "Wpierw bym się śmierci spodziewał niż wy do domu pójdziecie". Odpowiedziałem: "Nie mam nic przeciwko temu, niech się pan spodziewa".



Ze wspomnień Jana Romańczyka, ps. "Łata" z batalionu "Miotła" - dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944.

środa, 19 listopada 2008

Pierwsze lata "wolności" cz. 3


W celi 35 siedzieli żołnierze warszawskiej i wileńskiej AK, a także Niemcy. Tu trzymano m.in. Ślązaka Grzymka, który w 1939 r., przebrany w polski mundur, był wśród atakujących radiostację w Gliwicach. Któregoś dnia pojawił się w celi doktor Sejbold, niemiecki lekarz odsiadujący karę za zbrodnie wojenne. Pierwszy raz zetknąłem się z nim w X pawilonie. Odezwałem się tam do niego po niemiecku za co dostałem burę od oddziałowego. Seibolt zapamiętał mnie. Podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Przed przeniesieniem do celi 35 asystował on przy wykonywaniu więziennych wyroków śmierci. Któregoś dnia opowiedział mi jak się to odbywa. Dr Seibolt uczestniczył przy wszystkich z nich, był lekarzem stwierdzającym zgon. Mój rozmówca nie spodziewał się, że go wypuszczą do celi ogólnej. Nie wiem co się później z nim stało.

Katem był funkcjonariusz Szymański, popularnie zwany przez więźniów "generał smród". Wywołanego z celi prowadzono do naczelnika więzienia, gdzie byli już prokurator i obrońca. Naczelnik więzienia informował skazanego, że wyrok został zatwierdzony, a prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Strażnicy brali nieszczęśnika pod ręce i prowadzili w kierunku małego domku za 10 pawilonem. Kiedy skazańca doprowadzano do drzwi, Szymański - oddziałowy z pawilonu 10, wyciągał Colta kaliber 11,4 i strzelał ofierze w tył głowy. Bezwładne ciało otwierało drzwi i wpadało do pomieszczenia, którego podłoga była wysypana grubą warstwą piasku. Następnie do środka wchodził dr Seibolt i stwierdzał zgon. Rano wywożono ciało w nieznanym kierunku.

Przerzucono mnie do innej celi i zrobiono celowym, ale byłem w niej krótko, bo przeniesiono mnie do innej celi za krytykę przodownika. W nowej celi przyjęto mnie serdecznie, było w niej wielu znajomych. Gdy wszyscy się ze mną przywitali, podszedł do mnie starszy pan i spytał skąd jestem. Gdy odpowiedziałem, że z Warszawy powiedział, że miał rodzinę o tym nazwisku w Warszawie. zapytałem się gdzie. Gdy odpowiedział, że na Żurawiej pod 30, to zapytałem jak się nazywa. Okazało się, że to Wiktor Bernard, mój krewny ze strony mojej babki. Jego mama i moja babka były rodzonymi siostrami. Wuj całą wojnę pływał w konwojach brytyjskich jako oficer nawigacji. Po wojnie przyjechał do kraju i znalazł się w więzieniu - taka polska dola. W celi poznałem także księdza Zator-Przetockiego pochodzącego ze Lwowa, bardzo wielkiego patriotę.

W więzieniu mokotowskim otrzymałem wyrok rewizji mojej sprawy i dowiedziałem się, że odpadł artykuł 4. Artykuł 86 KKWP zamieniono na artykuł 28 w związku z 86 i zmniejszono karę z tego artykułu na karę 10 lat więzienia, łagodząc ją na podstawie amnestii 1947 roku na karę 5 lat więzienia. Kara z art. 3 z dekretu o ochronie państwa została utrzymanał w mocy i wyznaczono mi karę łączną 15 lat więzienia. Z tą karą pojechałem do więzienia karnego we Wronkach.


W styczniu 1951 roku wraz z innymi więźniami znalazłem się we Wronkach. Zajechaliśmy o zmierzchu, ustawiono nas w kolumnę i ostrzeżono, że za każdą próbą opuszczenia kolumny będą strzelać. Ponieważ było ciemno wprowadzono nas do budynku. Przy transportach, które przyjeżdżały w dzień, bez względu na porę roku i pogodę więźniów rozbierano i rewidowano na podwórku. Staliśmy i czekaliśmy na swoją kolej rewizji.

Podszedł do mnie oddziałowy i zabrał mnie na rewizję. Półgłosem powiedział do mnie: "Ja będę krzyczał, lecz ty nic sobie z tego nie rób, tylko się ubierz w bieliznę zawiąż dobrze koc z rzeczami i uważaj żebyś jak najmniej dostał". Potwierdzająco mrugnąłem do niego i zachowywałem się zgodnie z otrzymaną instrukcją. Nie obyło się jednak bez razów. Jakiś więzień upuścił swój koc z rzeczami na schodach, musiałem zwolnić, a zbir oddziałowy dopadł mnie i uderzył kluczem. Mimo bielizny, którą miałem na sobie, zranił mnie do krwi.

Umieszczono nas na oddziale I c. Był to oddział dla najbardziej niebezpiecznych wrogów Polski Ludowej. Następnego dnia zapoznawaliśmy się z więziennymi zwyczajami. We Wronkach zapisaliśmy się na otrzymywanie gazet, oczywiście "Trybuny Ludu". Otrzymaliśmy ją przez dwa dni, potem już nie. Gdy za kilka dni odwiedził nas naczelnik więzienia, zwróciliśmy się do niego z pytaniem, dlaczego nie otrzymujemy zaprenumerowanych gazet. Naczelnik odpowiedział, że nieb dostajemy gazet, ponieważ czytamy je między wierszami.

Pan naczelnik zapytał: "Na co czekacie? Myślicie, że tu z lasu wyjdą Amerykanie i was oswobodzą. Bądźcie pewni, że oddziałowi zginą i ja zginę ale z was żaden żywcem nie wyjdzie".

Jedyną przyjemnością dla nas było otrzymywanie listów. List był naszym jedynym kontaktem z wolnością. Otrzymywaliśmy jeden list na miesiąc. My też raz w miesiącu mogliśmy pisać jeden list.

Przykrym dla mnie był list w maju 1951 roku. Dowiedziałem się z niego o śmierci mojej mamy. Zmarła na skutek wylewu, gdy dowiedziała się o przetransportowaniu mnie do więzienia we Wronkach. Sama będąc zaangażowaną w konspiracji czuła, że wyrządzono mi wielką krzywdę.

Warunki były okropne, na każdym kroku prześladowania. Gdy drzwi celi się otwierały, musieliśmy stawać tyłem do drzwi pod oknem. Ja pokrótce zachorowałem na gruźlicę gruczołów limfatycznych. We Wronkach był oddział gruźlików płuc, dużo z nich przejeżdżało się na tamten świat. Dostałem się do szpitala. Gdy mnie tam przyjęto ważyłem 48 kg.

Po sześciu tygodniach, gdy się podleczyłem i wypisywano mnie ze szpitala, ważyłem 60 kg. Poprawę swojego zdrowia zawdzięczam lekarzowi więźniowi Janowi Pierzchale i aptekarzowi więźniowi w aptece więziennej Kazimierzowi Augustowskiemu, żołnierzowi Armii Krajowej, powstańcowi warszawskiemu z batalionu Czata 49.

Po opuszczeniu szpitala zostałem skierowany na kwarantannę, gdyż musiałem wygoić rany po dokonanych zabiegach w szpitalu. Po całkowitym wygojeniu ran wróciłem na oddział. Na oddziale byłem przesłuchiwany przez oficerów specjalnych (politycznych). Moje wypowiedzi nie podobały się jednemu z przesłuchujących mnie oficerów, bo na pożegnanie powiedział mi: "Ty sk........, z więzienia nigdy nie wyjdziesz". Trudno, wolałem być człowiekiem. Nie wszyscy funkcjonariusze byli kanaliami. Byli także i tacy, którzy nawet ostrzegali mnie przed kapusiami. Jeden z oddziałowych wywołał mnie z celi i zapytał czy chcę popracować na korytarzu. Zgodziłem się, bo ruch mi był potrzebny.

Ten oddziałowy gdy był na służbie, zawsze mnie wypuszczał z celi. Po kilku wypuszczeniach powiedział, że będzie starał się doprowadzić do sytuacji bym na stałe był na korytarzu. Odradzałem mu, bo to wiązało się z wizytą u oficera specjalnego. Postawił na swoim i zaprowadził mnie do "speca" jak nazwaliśmy oficera politycznego. Ten zapytał mnie o personalia, a potem za co siedzę. Gdy odpowiedziałem: "Za to że walczyłem za Ojczyznę", zaczął krzyczeć: "Zamknąć tego sk........ do celi". Przyszedł oddziałowy i odprowadził mnie do celi. W drodze zapytał: "Czego on tak krzyczał, spytał? powiedziałem oddziałowemu co powiedziałem "specowi", a ten powiedział: "Nie martw się. Jak będę na oddziale to cię zawsze wypuszczę".

Nadszedł dzień 28 sierpnia 1953 roku. Niespodziewanie otrzymaliśmy gazety z wiadomością o wrogiej postawie towarzysza Berii. 29 sierpnia 1953 roku napisałem w swojej sprawie pismo do Sądu Najwyższego. Powiadomiono mnie, że pismo wysłano drogą służbową do Sądu Rejonowego, a potem zapadła cisza. Pod koniec października 1953 roku trzech więźniów przygotowano do transportu. Byli to: Zygmunt Ziemięcki ps. "Gałązka", Tadeusz Janicki ps. "Czarny" i Jan Romańczyk ps. "Łata", wszyscy z batalionu "Miotła".

Zaprowadzono nas skutych na dworzec kolejowy we Wronkach i wsadzono do zarezerwowanego przedziału w pociągu do Warszawy, w towarzystwie patrolu KBW w składzie: plutonowy - dowódca patrolu i dwaj szeregowi. Dodatkowo jechał z nami oficer ze służby więziennej. Ruszyliśmy w drogę. Ludzie z korytarza przyglądali się jakich to przestępców wiozą. Nie wolno nam było porozumiewać się ze sobą. Najgorzej było koledze Janickiemu, bo siedział w środku i był skuty na dwie ręce.

Gdy oficer i dowódca patrolu wyszli na korytarz na papierosa, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, tak żeby ci z korytarza nie widzieli. Młodzi żołnierze, którzy zostali w przedziale nie zwracali nam uwagi, choć zorientowali się kogo wiozą. Dojechaliśmy do Warszawy, zaczęliśmy szykować się do wyjścia. Młodzi ludzie założyli pepesze na ramię i powiedzieli: "Panowie pozwolą, my weźmiemy wasze bagaże." Z zadowoleniem przyjęliśmy odruch młodych żołnierzy a ich dowódcy gdyby mogli to oczami by ich zabili. Spojrzałem jednemu z tych młodych w oczy i oczami mu podziękowałem, chyba zrozumiał co chciałem przekazać.

Przed dworcem czekał na nas samochód-więźniarka, który zawiózł nas do więzienia na ulicy Rakowieckiej. Tu zaprowadzono nas na oddział I b, na którym przebywałem wcześniej, od przeczytania mi aktu oskarżenia do ogłoszenia wyroku. Pokazał się oddziałowy, który był na oddziale gdy byłem tu prawie trzy lata temu. spojrzał na mnie, poznał i spytał : "Znowu"? Odpowiedziałem: "Jeszcze". Zrozumiał, jego twarz sposępniała.

Zamknięto nas w jednej celi. Widząc reakcję oddziałowego postanowiłem to wykorzystać. Zrzuciłem klapę, był to znak, żeby przyszedł oddziałowy. Po chwili oddziałowy się pojawił. Wtedy zacząłem mówić, że przyjechałem właśnie z Wronek. Spodziewam się, że żona pojedzie tam w tym czasie na widzenie. Mieszka tu w Warszawie i chciałbym jej dać znać jak najprędzej, że ja jestem tutaj. Ona jest biedna i nie chciałbym ją narażać na niepotrzebne koszty. Oddziałowy Jedynak, bo tak się nazywał, kazał mi zgłosić się jutro rano.

Był wtorek rano, otrzymałem papier, kopertę i napisałem list do żony. Bardzo byłem wdzięczny oddziałowemu, bo w czwartek przyszła żona na widzenie i powiedziała, że dostała mój list ocenzurowany ze stemplem pocztowym. Zadowolona powiedziała, że napisała prośbę o łaskę do prezydenta i mnie na pewno zwolnią.

Starałem się ostudzić jej nadzieje, bo po tym łobuzie nic dobrego się nie spodziewałem. Powiedziałem jej, że podtrzymuję swoją wypowiedź z naszego widzenia w sierpniu 1952 roku, że wcześniej nie wyjdę jak za dwa lata, ale nie będę dłużej siedział niż trzy.

Przyczyną naszego przyjazdu do Warszawy, bo była sprawa płk Radosława. Nas wykorzystano jako świadków. W trakcie rozprawie żądano ode mnie zeznań na temat moich spotkań z płk Radosławem. Sędzia niezadowolony z moich wypowiedzi odczytał tekst z protokółu niby mojego zeznania, mówiący o konspiracyjnych spotkaniach z płk Radosławem. Odpowiedziałem: "Wiem, że takich spotkań nie było i ja nie brałem udziału w takich zebraniach". Sędzia zapytał, czy czytałem ten protokół. Zaprzeczyłem i powiedziałem, że ten protokół przeczytał mi oficer śledczy i dał do podpisania. Nie wypadało mi zarzucać mu nieuczciwości.

Poprosiłem sędziego, by przeczytał kawałek tekstu przed cytowanym fragmentem i po cytowanym fragmencie. Fragmenty te stanowiły logiczną całość, a cytowany fragment był częścią nie pasująca do tej części zeznania. Poprosiłem o wykreślenie tego tekstu i zaprotokołowanie tego faktu w aktach sprawy.

Odezwał się generalny prokurator Zarakowski: "Wysoki Sądzie, świadek tu wariata odrzyna, bo wszystkim wiadomo, że Radosław przystąpił do tajnej organizacji mającej na celu obalenie ustroju". Po tej wypowiedzi ja zabrałem głos: "Wysoki Sądzie, nie wiem kto tu wariata odrzyna. Siedzę już przeszło cztery lata i do tej pory nie udowodniono mi przynależności do organizacji, mającej na celu obalenie ustroju". Po mojej wypowiedzi obrona płk Radosława uderzała w dłonie pod stołem. Sędzia zapytał prokuratora czy ma coś do powiedzenia. Prokurator zaprzeczył. Na tym moje zeznania się skończyły.

Przerzucono nas na oddział ogólny. Ja trafiłem do celi 35, w której siedziałem, po wyroku pierwszej instancji cztery lata temu. Cela ta zmieniła się nie do poznania. Podłoga była z ładnych desek, czyszczona wiórkami przez więźniów. Zamiast sienników były piętrowe łóżka z siennikami, nie było robactwa. W celi było mniej wWięźniów. Warunki się poprawiły.

Jestem przekonany, że właśnie wtedy spotkałem się z Gracjanem Frógiem ps. "Szczerbiec" z Wileńszczyzny, choć dokumenty podają, że został zamordowany w więzieniu w Mokotowie w 1951 roku. Spostrzeżenia swoje opieram na tym, że "Szczerbiec" wróżył mi z ręki. To co zapamiętałem zaprzeczało temu, że został zamordowany w 1951 roku, Powiedział mi, że straciłem bardzo bliską osobę, i stracę drugą bliską osobę, Na ręce zapisane jest też, że niedługo opuszczę więzienie. Wiedziałem, że 21 lutego 1951 roku zmarła mi mama. W międzyczasie nie miałem kontaktu ze Szczerbcem, dopiero na Mokotowie, w listopadzie 1953 roku. Wyszedłem z więzienia 14 grudnia 1954 roku a 11-ego listopada 1956 roku zmarła mi żona. To była druga moja strata, którą w listopadzie 1953 r. przepowiedział mi "Szczerbiec".

W styczniu 1954 roku znalazłem się znów we Wronkach. Przywitanie już nie było tak brutalne. W kwietniu żona oznajmiła mnie, że dostała odpowiedź odmowną na podanie do prezydenta. Ja na tą okoliczność dostałem wiadomość w czerwcu. W międzyczasie zbudzono mnie pewnej nocy, kazano się ubrać i zaprowadzono na przesłuchanie. Przesłuchujący przedstawił się jako prokurator Generalnej Prokuratury. Na początku zapytał mnie o personalia, a potem za co siedzę. Gdy odpowiedziałem, że za przynależność do Armii Krajowej, to się bardzo oburzył i powiedział: "My za przynależność do Armii Krajowej nikogo nie wsadzamy". Powiedziałem: "Może pan znajdzie inną wersję, ja panu powiem swoją. Gdy zostałem aresztowany i przywieziony do więzienia w Mokotowie na X pawilon, przyjął mnie pan major Serkowski, którego pan dobrze zna. Zapytał mnie do jakiej organizacji należałem. Gdy powiedziałem, że do Armii Krajowej, to powiedział, że nie powinienem się dziwić za co siedzę. Teraz nich pan powie swoją wersję".

Pan prokurator zamilkł i rozpoczęliśmy przesłuchanie. Pytano mnie o dwie osoby z terenu Ursusa: pana doktora Jerzego Włoczewskiego i nauczyciela szkoły powszechnej w Ursusie pana Edmunda Pokrzywę. Powiedziałem, że to dwaj najlepsi Polacy jakich znałem. Na tym przesłuchanie się zakończyło.



Ze wspomnień Jana Romańczyka, ps. "Łata" z batalionu "Miotła" - dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944.