sobota, 7 listopada 2009

Stanisław M. Kicman - wspomnienia cz. 2 (wywiad)




Spójrzcie teraz na ten budynek po drugiej stronie ulicy Sokołowskiej. Gdy Niemcy zajęli kościół, w tym domu usytuowała się komenda niemiecka. Na parterze urzędowali Niemcy, na górze nocowali żołdacy, którzy pełnili straż i rozstrzeliwali ludzi.

W jednym z pomieszczeń przebywali młodzi, silni mężczyźni – Polacy, którzy musieli przewozić ciała rozstrzelanych do miejsc kremacji. Takich punktów na Woli było wiele, między innymi w parku Sowińskiego. Tu, gdzie dzisiaj stoi pomnik Polegli – Niepokonani przy Cmentarzu Powstańców, było miejsce największej kremacji. Dla tych Polaków, chodzących po kostki w krwi, którzy byli zmuszeni wyciągać ciała rodaków, to również było wstrząsające przeżycie. Wspomina o tym w swojej książce nieżyjący już pan Klimaszewski, który przeżył taką gehennę na Placu Teatralnym, gdzie był podobny punkt zborny.

Powiedział Pan, że Niemcy przetrzymywali Pana w tym miejscu trzy godziny. Co się zdarzyło potem?

Około 21-ej zagoniono nas do kościoła. Trzeba było przejść przez tzw. latrynę. Ludzie wpędzeni do środka nie mogli już wyjść z kościoła, a mieli potrzeby fizjologiczne, więc załatwiali je w kruchcie pod chórem. Musieliśmy, więc przebrnąć przez te fekalia i brudy. Każdy szukał sobie jakiegoś miejsca.

My przycupnęliśmy w miejscu IX Stacji Drogi Krzyżowej, przy kolumnie.
Z ambony przemawiał Niemiec, który mówił, co nas czeka i że jesteśmy wybrańcami losu, bo przeżyliśmy, a inni nie mieli tego szczęścia. Na ołtarzu niemiecki chirurg przeprowadzał operację, obok, w prezbiterium, leżeli ranni, chyba niemieccy żołnierze. Ci, którzy nas pilnowali, zachowywali się skandalicznie. Ubrali szaty liturgiczne, ze świętych kielichów i puszek pili samogon, wrzeszczeli, przeklinali, chodzili po kościele i wyciągali z tłumu młode dziewczyny, które wyprowadzali na zewnątrz. Słyszeliśmy krzyki: „Ratunku!” i strzały. Siedzieliśmy bezradni w środku, a raczej koczowaliśmy, czekając na śmierć.

O świcie 9 sierpnia wyprowadzono nas z kościoła. Na dworze była mgła. Przeprowadzono nas do Dworca Zachodniego, a stamtąd pociągiem odtransportowano do obozu w Pruszkowie.

Wegetowaliśmy trzy dni w olbrzymich halach. Trzeciego dnia jedna z sióstr z Czerwonego Krzyża zaoferowała nam pomoc. Powiedziała do mojej mamy: ,,Ubiorę panią w biały fartuch i z dzieckiem wyjdziemy, ale babci nie wyprowadzę w ten sposób”. Mama nie zgodziła się na rozdzielenie z babcią. Potem przyszły dwie siostry i krzyczały, co im kazano:,,Matki z dziećmi do Łowicza!”. Na peronie stał kordon żandarmów. Znowu selekcja – starców na bok, a kobiety z dziećmi i małżeństwa do transportu. Oddzielono nas od babci, która błagała jakiegoś esesmana, aby ją wypuścił. Ten kopnął ją i kazał iść pod ścianę. Potem okazało się, że babcia dotarła do Łowicza, a my z mamą trafiliśmy do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen na terenie Niemiec, a stamtąd do obozu koncentracyjnego w Bergen – Belsen. Po pewnym czasie kobiety z dziećmi wywieziono do obozów pracy. My trafiliśmy do fabryki w mieście Hameln pod Hanoweru.

Tam również panowały straszne warunki i nieraz ocieraliśmy się o śmierć.

Do tego choroby! Doświadczyłem tego na własnej skórze. Ciężko chorego na szkarlatynę, chowano mnie pod siennikiem, żeby nie trafić do rewiru szpitala więziennego, gdzie czekała pewna śmierć. Przez dwa tygodnie byłem nieprzytomny, mama karmiła mnie kompotem z ogryzków zbieranych na śmietniku. Miałem jednak szczęście, bo przeżyłem. Obóz wyzwolili Amerykanie. Pamiętam, że nosiliśmy wtedy opaski biało – czerwone, aby alianci odróżnili nas od niemieckich dzieci. Mama uczyła w Polskiej szkole, do której i ja chodziłem.

Dwa dni przed Bożym Narodzeniem w 1945 r. wróciliśmy do Polski, spotkaliśmy się z ojcem, który przeżył trzy obozy koncentracyjne. Jak widzicie, dzieje mojej rodziny były bardzo trudne, ale udało nam się przeżyć. Dzisiaj opowiadam wam o nich, bo uważam za swój obowiązek dawać świadectwo prawdzie. Została w moim sercu pamięć o tragedii, ale zawsze starałem się wyzbyć nienawiści z serca, dlatego mogę o tych strasznych zdarzeniach mówić.

Czy możliwe jest przebaczenie oprawcom?

Z pewnością trudne, ale odpowiem na wasze pytanie taką opowieścią. Na początku nowego tysiąclecia, odezwał się do mnie pewien Niemiec – historyk nauczyciel, pracuje on w liceum w Hameln, mieście w pobliżu Hanoweru. To tam był obóz, w którym przebywałem razem z mamą. Chciał on opisać historię więźniów, a było ich około 10 tys. w tej okolicy. Prosił o jakieś dokumenty, pamiątki. Wysłałem mu książkę mojej mamy, pt.,,Pokonać strach”, w której zawarła korespondencję obozową i ukazała losy moje rodziny.

W 2005 r. na zaproszenie społeczności miasta Hameln wraz z grupą 16 osób - byłych więźniów, przez tydzień przebywałem w mieście, które zostawiło w mojej pamięci bolesne wspomnienia. Odbyliśmy szereg spotkań z młodzieżą i starszymi mieszkańcami Hameln. Byliśmy na terenie byłych naszych obozów. Jednocześnie poznaliśmy wspaniałych ludzi, z którymi się zaprzyjaźniłem.

1 komentarz:

Honorata Jarząb pisze...

Witam serdecznie.

Pracuję w stowarzyszeniu działającym na rzecz osób starszych. Jest to Społeczne Towarzystwo Pomocy Geriatrii działające w Warszawie. Planujemy wydawać biuletyn. Czy mogłabym prosić o kontakt do osoby odpowiedzialnej za prowadzenie bloga? Poszukuję cennych materiałów o osobach starszych, które moglibyśmy zamieścić w naszym piśmie. Zależy mi na wywiadach, ciekawycxh biografiach Warszawiaków. Pozdrawiam serdecznie.
Honorata Jarząb
honorata.jarzab@gmail.com